piątek, 12 września 2014

Lubimy kiepskie filmy: World War Z


Jeśli chcecie się pośmiać z kiepskich produkcji i lubicie filmy o zombie apokalipsie – World War Z jest filmem dla was idealnym. Oszczędzę wam jednak kłopotu, żebyście nie musieli go oglądać, i opowiem wam trochę o nim. W zasadzie opowiem wam całą fabułę.
Może wam się wydawać, że skoro taki wspaniały aktor jak Brad Pitt gra w tym filmie, produkcja o zombie w końcu będzie na poziomie. Nic bardziej mylnego. Żadna produkcja o zombie nie może być na poziomie. W praktyce to zwyczajne napierdzielanki z fabułą, która udaje fabułę. Chociaż, jak to mówią, still better love story than Twilight.

Przyznam jednak, że dałam się nabrać. Pierwszą rzeczą, która mnie zwiodła, że filmy o zombie mogą być dobre, była muzyka. Isolated System produkcji Muse to bardzo, bardzo przyjemna nuta, powiedziałabym, że wręcz inspirująca i poniekąd nadająca filmowi klimat. Podobnie z muzyką nadającą klimat miało miejsce w filmie Contagion, (też o epidemii, ale na szczęście nie o zombie), ale cóż się dziwić, w końcu Cliff Martinez. Pomijam fakt, że Contagion był filmem dobrym, chociaż na filmłebie ma niższą ocenę, czego pojąć nie potrafię. Niestety muzyka to jedyny ciekawy aspekt World War Z.


Mamy powielany do porzygu schemat – rodzinka, rozczulający aspekt małych córeczek, piękny poranek, aż nagle idealny obraz zostaje zburzony przez anomalię - zombiaki.
Początek jest taki sam jak wszędzie, rodzina próbuje przetrwać. Wszyscy wiemy, że dadzą radę, bo po pierwsze Gerry to taki Rambo i MacGuyver w jednym, a po drugie jaki normalny scenarzysta zabiłby dzieci i żonę głównego bohatera. Gerry to poza tym rządowa szycha i przybędzie ratunek – ma ich zabrać helikopter. No to rodzinka pędzi do jakichś bloków – tam oczywiście zombiaki, córki wrzeszczą, Gerry strzela gdzie popadnie... I chyba w tym momencie właśnie doszłam do wniosku, że żona Gerry’ego, dajmy jej na imię Geńka, bo nie pamiętam jej imienia, jest najbardziej mdłą postacią w całym filmie. Typowa żonka, do tego całkowicie bez charakteru. Nic dziwnego, gdyby scenarzyści dorobili jej charakter, nie starczyłoby miejsca na Gerry'ego Wybawcę. 
To właśnie Gienka.
Enyłej, rodzinka trafia na ostatnich żywych w bloku – rodzinę latynosów, w której jedynym znającym angielski jest najmłodszy syn, Thomas. Zdradzę wam w sekrecie, że rodzinkę zjada zombie, bo nie chcą ruszyć się z mieszkania, a jak to Gerry-wybawiciel określił „kto się nie rusza, nie przetrwa”. To najlepszy argument dla uprawiania regularnego joggingu. Biegajcie na wypadek zombie apokalipsy.
Jedynie Thomasowi udaje się przetrwać (dziesięcioletni chłopiec z giwerą udaje się na samotną krucjatę po bloku, aż w końcu ratuje Gerry'ego przed ugryzieniem przed zombie). Tymczasem rodzinkę i Thomasa ratuje Jack z Zagubionych i to jest koniec jego roli. Dosłownie widać go przez kilkanaście sekund. Ale zagrał u boku Brada, prestiż...

I teraz zaczyna się w zasadzie najlepsze, chociaż dobre trzydzieści minut filmu mamy za sobą. Na miejscu wybawienia, którym jest hamerykański lotniskowiec, Brad, a raczej Gerry, dowiaduje się, że aby jego rodzina mogła zostać na statku, musi wyruszyć na wyprawę, która ma dowieść, skąd wziął się wirus. Towarzyszy mu super hiper zajebisty doktor wirusolog z Harvardu. Doktor. Dwudziestotrzyletni. Takie rzeczy tylko w Ameryce. W każdym razie lecą samolotem do Korei, gdzie zaraz po wylądowaniu atakują ich zombie, a doktorek potyka się o mokrą powierzchnię i upada, tym samym naciskając na spust swojego pistoletu. Tak, zabija się. Dwie sekundy po dotarciu do celu. 
Dude...
Tym sposobem Brad znowu jest main character. Pomijam niezwykle poruszające wynurzenia doktorka w trakcie lotu, gdzie stwierdza, że matka natura to suka i jakiekolwiek mocne strony mają te zombiaki, są to zarazem ich najsłabsze.  To tak w skrócie. Zapamiętajcie tę mądrość, bowiem Brad na pewno do niej wróci w dalszej części filmu i dokona przełomowego odkrycia, mimo że doktorkiem z Harvardu nie jest.
Po rozmowie w schronie ocalałych na lotnisku z jakimś szalonym agentem CIA, który przekazuje mu swoje pokrętne teorie spiskowe (w międzyczasie wyrywając sobie zęby!!!), udaje się do Izraela, bo tam podobno pozna prawdę jedyną i objawioną. Pewien mądry pan w Jerozolimie przekazuje mu swoje mądrości. Jak to w takich przypadkach, brzmią one: woda jest mokra, powietrze niewidzialne.

Najwspanialsza scena - kiedy ludzie w otoczonej murami Jerozolimie zaczynają śpiewać, czym, uwaga, przywołują zombie. Te zaczynają się wspinać po murach, by przedostać się do środka. Hahaha, po prostu cudeńko. Wcześniej zombiaki nie atakowały, ale jak tylko usłyszały hałas, napędziło ich to do działania. Klasyk.

Skupmy się na tej scenie – rozwścieczone hordy zombiaków atakują mieszkańców-debili, strzelanki, wybuchy i rozpaczliwa ucieczka głównego bohatera razem z innymi ocalałymi. Ta metafora próby przetrwania ujęła mnie za serce. Te emocje, te dźwięki głodnych zombie. Po prostu rozkosz dla mej artystycznej duszy. I w środku tego wszystkiego Gerry widzi obraz, kiedy chudy, łysy chłopiec stoi pośrodku drogi, a zombiaki biegnące w szale za mieszkańcami go omijają. Poruszające.
Zapamiętajcie to, albowiem znaczenie tej
sceny uratuje miliony istnień!
Tymczasem Brad ratuje kobietę-żołnierza przed zarażeniem się wirusem. Jak? Odrąbuje jej rękę, w którą została ugryziona i razem wsiadają do samolotu, który akurat, całkiem przypadkowo, wylądował na lotnisku w Jerozolimie, ale ze względu na sytuację, postanawia zawrócić. Ciekawe, kiedy skończy im się paliwo, co? Heheszki. W samolocie Gerry doznaje olśnienia. A nie mówiłam? Zbiera do kupy wszystkie elementy. Gerry ma plan i tym planem jest Cardiff w Walii i tamtejsza stacja WHO, bo wpadł, jak zrobić szczepionkę (z trocin i masła, a jak), a więc taaaaaaaaak, starczy im paliwa! Ale nie ma tak łatwo. Dawno nie było żadnej napierdzielanki (czyli jakieś 3 minuty wcześniej), więc oczywiście pasażerowie zamieniają się w zombiaków – jeden z nich ukrył się w schowku i hehehe, ugryzł stewardesę. Zombie w samolocie to naprawdę niezły towar. Lepsze niż węże w samolocie czy pająki w samolocie. Istna orgia zombiaków. Po prostu klasyk w tym gatunku. Jeszcze jeśli dodamy do tego fakt, że na pokładzie jest żołnierz z granatem wyjdzie nam eksplozja i rozbicie się samolotu.

Tak więc rozbijają się gdzieś w dzikiej Jugosławi okolicach Cardiff (Imperatyw Filmowy obowiązuje!) i Gerry jest ranny. Ale przeżył! Tym razem to kobieta żołnierz się nim opiekuje. Rozumiecie – to odwrócenie ról, to niesamowite, chwytające za serce rozwiązanie! Ale… Gerry upada! O mój borze! Zaciemnienie i koniec sceny. Wracamy na lotniskowiec i widzimy rozpacz, bo z Gerrym nie ma kontaktu od kilku dni, więc Generał lub inny Ważny Pan decyduje, że rodzinkę Gerry’ego należy wyprosić ze statku, gdyż Gerry prawdopodobnie został zjedzony przez nieumarłych. Sayonara.

Gerry oczywiście żyje. No jakżeby inaczej. W każdym razie jest zdrowy, ale nie całkiem cały, w siedzibie WHO w Cardiff. Wymyślił, że zombie atakują tylko zdrowych ludzi, więc cały świat powinien zarazić się jakimś śmiertelnym wirusem i boom ciąża… A nie, to nie ten imperatyw. Mówiłam, żebyście zapamiętali tę pełną niesamowitych emocji scenę – otóż tak, łysy chłopiec, którego zombiaki omijały, był chory.
Naukowcy przystają na jego plan i zgadnijcie, gdzie są śmiertelne wirusy, których potrzebuje Dżery? W skrzydle, które jest odcięte od reszty budynku WHO. Czemu? Bo jest tam około 80 zombiaków. I Brad musi tam iść po wirusa. Taaaaak.
W siedzibie WHO w Cardiff jest również
12. Doktor, ale to nie jemu jest
pisane uratowanie Ziemi przed zagładą.
Oczywiście kiedy już tam dociera – wraz z kobietą żołnierzem, tą bez ręki, oraz z jakimś bardzo ważnym WHO-wcem – muszą przeturlać się pod oknami jednego gabinetu. Zamieramy w strachu, no bo przecież mogą ich zobaczyć i Gerry umrze… Nie, to nie ten film. Zombie swoją drogą wydają z siebie dźwięki na wpół Obcych, na wpół waleni. Taki grrrrh szzzzzzziiiii iiiiijuuuu uuuwp psssssssshh hhhrrrrrrlup. Piękna muzyka dla mych uszu. Teraz następuje kilka durnych scen, w tym te, których się wszyscy spodziewamy, czyli ktoś nadepnie na coś, ktoś coś upuści, potknie się i narobi hałasu, czym zwróci uwagę zombie. Tak się właśnie dzieje i w wyniku tchórzostwa kobiety bez ręki oraz bardzo ważnego WHO-wca Gerry zostaje sam na placu boju i rozpoczyna się single mission. Dociera do labu, bierze wszystkie możliwe wirusy i nagle jakiś zombiak zaczyna napierdzielać w drzwi, więc co robi Gerry? Wstrzykuje sobie wirusa.
Przystojniak!

Po kilku minutach oczekiwania wstaje z podłogi, słyszymy w tle jakąś gitarową nutę, która ma dodać Gerry’emu badassowatości, otwiera drzwi i staje oko w oko z zombiakiem. Oczywiście przeżywa, muzyka zwycięstwa, kiedy idzie korytarzem ze skrzynią wirusów i zombiaki go mijają, koniec. Gerry uratowiciel świata.
Powiedzcie mi teraz, czemu ten film ma na filmłebie ocenę 6,7?
W każdym razie zostawiam was z obrazem Gerry'ego Wybawiciela.
W TYCH OCZACH MIŁOŚĆ

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz