poniedziałek, 15 września 2014

Salem - trochę wiedźma trochę nope



Są takie seriale, które się zaczyna z myślą shit, this gonna be good. A potem good, be, this i gonna jakoś ulatują, zostawiając nam samo SHIT. Shit, serial, Salem. Wszystko na jedną literkę. Czarnoksięstwo! Czyli słów kilka o dobrym przykładzie YEAH BUT NOPE

Co należy serialowi oddać? Ma naprawdę dobry opening. I chociaż początkowo Mason w klimacie purytańskiego Salem mnie nie przekonał, z czasem z motywem przewodnim się polubiliśmy. Co więcej? Dobre, naprawdę dobre plakaty. Klimatyczne i nietypowe. Ach! Na sam koniec! Kreacja samego świata. Kostiumologiem nie jestem, wykształcenia historycznego nie mam również, więc całej otoczki czepiać się nie mogę. Ba, kostiumy mi się podobały. Bo ogólnie chyba lubię produkcje kostiumowe. I oto przychodzi ten moment, by wylać wiadro pomyj. UWAGA, tekst może zawierać śladowe (czyli od cholery) ilości spoilerów.






ZDUPY. Taki Salem powinno mieć podtytuł. Bo jest tam bardzo dużo rzeczy autentycznie ZDUPY. Na ten przykład nie mogę przeżyć Indian. Gdzieś tam w tle cały czas pojawia się konflikt Amerykanów z Prawdziwymi Amerykanami. Jednak przez większość odcinków nie mamy absolutnie pojęcia, że Czerwonoskórzy żyją w lasach nieopodal Salem. I nagle, ale tak naprawdę nagle, pojawiają się Indianie. I zapewniam was, że w każdym odcinku standardowo pojawiało się przynajmniej jedno wyjście do lasu. Czasem bliżej i czasem dalej. Nigdzie jednak nie zauważono obecności Indian. Wniosek nasuwa się sam. Mamy wyjątkowo upierdliwych Indian ZDUPY.

Niektórzy uważają, że Salem jest serialem trochę strasznym. I przyznam, że przy pierwszych odcinkach praca kamery budziła niepokój. Te niedopowiedzenia, kształty migające w kąciku soczewki obiektywu. Szybkie przejścia, cienie, szumy. A potem zaczęło mnie to zwyczajnie nudzić. Pojawiały się również (ZDUPY) pewne artefakty, których znaczenia nikt nie próbował nam objaśnić. Uschnięta ręka chociażby. Oraz samo Malum. Bo chyba dwa odcinki zajęło wielebnemu przekonanie się, że na pewno jest to coś złego. Zaznaczyć należy, że wielebny absolutnie nie mówił płynnie po łacinie i MALUM absolutnie nie kojarzy się z łacińskim słowem ZŁO. Ale ale, powiedziałam artefakty? ZDUPY pojawiały się również osoby (dzieci) i informacje (Anne Hale, like what the fuck?)


A skoro przeszliśmy do postaci. Właściwie serial kręci się dookoła Johna Aldena, weterana wojennego, oraz Mary Sibley, wiedźmy. Nie widziałam filmów z  Janet Montgomery, jednak po Salem jestem w stanie powiedzieć jedno – albo jest aktorką plastikową, albo jej oszczędna gra zupełnie do mnie nie trafia. W serialu absolutnie nie mogłam rozróżnić „Mary Purytanki” i „Mary Wiedźmy”. Ta sama kamienna twarz i czasami łzy, które przekonujące nie były wcale. A obok niej John (Shane West) – młody, gniewny i zakochany.
DYGRESJA TIME! Trafiłam kiedyś na tumblrze na dobry set gifów, odnosił się do Hobbita. I jest to doskonałe podsumowanie zachowania Johna Aldena. Są z Thorinem nawet podobni wizualnie. John w praktycznie każdym odcinku prezentował wzorowy poziom bucery.


Alden NO!

#Alden YES

YES JOHN. DOKŁADNIE TAK.


Znikający Sędzia Hale. To jedna z moich ulubionych postaci, jednak mam wrażenie, że twórcy serialu:
a) chcieli postać uczynić ZBYT fajną
lub
b) nie mieli na nią kompletnie pomysłu
Sędzia w trakcie serialu znika i pojawia się nagle, jakby tego zniknięcia nigdy nie było. Tu czemuś przewodzi, tu okazuje się kimś innym, w międzyczasie zupełnie sobie zniknie, a potem wróci i zasiądzie w radzie miejskiej. CZARY.

Dobre tło do czasu. Naprawdę byłam pod wrażeniem postaci drugoplanowych, które całkowicie kradły atencję widza. Izaak Cudzołożnik (Iddo Goldberg) i Mercy Lewis (Elise Eberle) naprawdę byli świetni. Żałuję, że Izaaka często serial traktował po macoszemu, bo postać została skonstruowana znakomicie. A gdy na dodatek serial oglądało się z napisami, to ciężko było potem pozbyć się z głowy chwytliwych okrzyków tłumu: Isaac The Fornicator! Co do Mercy… i chociaż jej problemy z pobratymcą wiedźmy przypominały sceny z filmu o egzorcyzmach, to wciąż jej gra i jej postać były przekonujące. Właściwie i Iddo, i Elise mieli w oczach trochę szaleństwa na ekranie i właśnie to mnie kupiło. Jednak potem Mercy zapragnęła zostać wiedźmą, a już na samym końcu przeszła samą siebie, stając się Królową Uciśnionych, co pozostawiło ostatecznie niesmak. Bardzo się zawiodłam i zdecydowanie nie tego oczekiwałam. Także dziękuję, pierwszy sezonie Salem, za pozbycie się dwóch najlepszych postaci. Mercy została zeszmacona, a Izaak umarł. 

 No spójrzcie, w tym właśnie momencie Mercy wydaje na was wyrok. Tak, wskazanie jej palcem świadczyło o tym, czy ktoś jest wiedźmą.
Początkowo chciałam również marudzić na brak procesów – prób wody, stosów. W końcu to nieodłączne elementy polowania na czarownice. A potem do miasta przybył Increase Mather (ZDUPY oczywiście, ktoś spodziewał się czegoś innego?) i naprawdę w pewnym momencie odczuwałam potrzebę, by ktoś zdzielił tego bohatera patelnią. Był niesympatyczny, zaślepiony swoją wiarą, brutalny i bezlitosny. I taki chyba miał być. Jednak w zestawieniu z tłem tak boleśnie niemrawym... odniosłam wrażenie, że stał się postacią karykaturalną.

Pomijanie wątków zawsze spoko. Również całkowite ich olewanie. I nie wiem, na ile twórcy serialu postanowią pozamykać furtki, ale w tym momencie czuję rozczarowanie. Petrus, Stephen z sierocińca, nawet Gloriana. Pojawiali się w istotnych momentach, potem serial ich po prostu wypluwał. I nie dowiemy się nic więcej. A jeżeli ktoś chciał oglądać serial dla widowiskowych sabatów, srogo się zawiódł. Sabat był jeden i na dodatek przerwany.

Ostatecznie końcówka sezonu zafundowała nam trochę zgonów (które raczej mnie zezłościły, bo były BEZ SENSU i ZDUPY), trochę uczuć rodzicielskich i wzniosłych emocji... oraz jedno wielkie WHAT THE FUCK DID I JUST WATCH?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz