wtorek, 23 września 2014

You are the drama queen!

Czy Mo jest monotematyczna? Tak. Czy temat wiedźm będzie zbliżony do Salem? Nie. Duchy, zmiennokształtni i efekty specjalne na poziomie pierwszego sezonu Supernatural. A do tego obcisłe sukienki i pełny makijaż w sobotni wieczór przed telewizorem lub podczas pływania w basenie. Czyli dlaczego Witches of East End to trochę Gotowe na Wszystko i Moda na Sukces w jednym.

Skupmy się zatem na pierwszym sezonie. Drugi opiszę dopiero wtedy, gdy się zakończy. Mam wrażenie, że twórcy mieli jakiś tam pomysł, ale ostatecznie woleli się skupić na wyglądzie głównych bohaterów i... tyle z tego wyszło. Uświadczymy ślicznych dziewcząt i ślicznych chłopców. Do tego pojawi się magiczny trójkąt miłosny i rozterki sercowe.





Zarysowując fabułę. Jest sobie czarownica Joanna, która ma dwie córki - Ingrid i Freyę. Jo skrywa przed córkami sekret, że jest nieśmiertelną wiedźmą, a one (ze względu na klątwę) nieustannie się odradzają. No i idylliczne życie kończy się w momencie, gdy na ganku Joanna znajduje swoją gołą siostrę Wendy. Okazuje się, że rodzinie Jo zagraża uberniebezpieczeństwo i ogólnie trzeba coś z tym zrobić. Ach, Freyia i Ingrid dowiadują się w tym momencie prawdy o sobie.

Jest jeszcze Dash i Killian (serio? Kto tak nazywa dziecko...) - bracia, których Freia kocha po równo. Jednak to właśnie z Dashem jest zaręczona. Zgadnijcie co, w dniu swojego ślubu jednak go wystawia! Brawa dla twórców serialu, którzy znów młodemu pokoleniu pokazują, że najlepiej uciec z młodym i gniewnym, pozostawiając za sobą statecznego i bogatego lekarza, który na dodatek jest dobrym człowiekiem.

To właśnie Wendy. Może zmieniać się w kota i ma 9 żyć. Jednak, by było bardziej dramatycznie, pod koniec sezonu zostaje jej... jedno.
 
Wszystko tutaj w jakimś sensie sprowadza się do problemów uczuciowych bohaterów. A doskonale pomoże mi to zobrazować jeden dialog, który w uproszczeniu wyglądał tak:

W: przepraszam, że rzuciłam to zaklęcie. Chciałam ci pomóc.
J: Spałam z Harrisonem.
W: I jak, i jak?!
J: (...) No i uciekłam.
W: Spokojnie, poradzi sobie. Jest dużym chłopcem.
J: Nawet nie wiesz jak bardzo! *wink wink*

Nie, serio? Rzucono zaklęcie na panią w średnim wieku, która właściwie wyląduje w szpitalu psychiatrycznym z całkiem pomieszanymi zmysłami, a one dyskutują o wielkości penisa prawnika, który chwilę temu został zaliczony?



Logika w tym serialu siedzi w kącie i płacze. Najbardziej facepalmowałam w momentach, gdy Ingrid i Freyia zaczynały czarować. Według słów Wendy, jedna z nich jest super-wiedźmą, która mogłaby pisać zaklęcia. Druga natomiast świetnie radzi sobie z eliksirami. Jednak żadna z nich tak naprawdę w momencie poznania prawdy... nie umie czarować. Mamy w serialu taki fajny moment, gdy dziewczyny mają magią wyciągnąć kamień z dna jeziora. Oczywiście im się to nie udaje. Jednak już w następnych odcinkach są w stanie:
- sprowadzać duchy z zaświatów
- odsyłać duchy w zaświaty
- warzyć eliksiry
- wpływać na sny
- etc.
A żeby było śmieszniej, zupełnie na początku Ingrid udało się dokonać wskrzeszenia, ale potem wyciąganie kamienia z jeziora było zbyt trudne.

Więcej absurdów? Można sypać jak z rękawa. Rodzinę Jo pragnie dopaść bezwzględny Zmiennokształtny. A nie, moment. Bo nagle okazuje się, że rodzinę Jo pragnie dopaść DWÓCH bezwzględnych Zmiennokształtnych. Którzy niby ze sobą współpracują, ale historia absolutnie nie wyjaśnia, skąd ta dwójka może się znać. Zwłaszcza, że jeden z nich pochodzi z czasów polowań na czarownice, a drugi z 1906 roku. Fuck logic. 

Joanna jest nazywana super wiedźmą (jeszcze taką bardziej super niż Ingrid - bo włada pogodą, uczuciami i świetnie robi eliksiry. W serialu ta wyliczanka brzmiała tak, jakby chciały przyzwać Kapitana Planetę) Jednak Uber-Joanna nie była w stanie zabezpieczyć swojego domu, by nie wlazł do niego Przebiegły Zmiennokształtny. Ogólnie Jo i Wendy inteligencją nie grzeszą. W sezonie w ich ręce wpadły dwa bardzo potężne artefakty oraz jeden cenny obraz-wizja. Wszystko zostawiały zupełnie na widoku (np. na stole kuchennym), żeby idiotyczna akcja mogła gnać do przodu. Nie wiem, jakim cudem one przeżyły tyle stuleci... Chociaż tak naprawdę w byciu idiotką Ingrid im wcale nie ustępuje. A ponoć miała być taka super inteligenta. Mówią jej "Ingrid, NIE", co kończy się dobrze znanym "INGRID TAK".

Jednak wszystko byłoby jeszcze do przyjęcia, gdyby nie okazało się, że Wiedźmy tak naprawdę pochodzą z Asgardu, a wygnała je z tego miejsca wojna. W tym momencie się skończyłam. Żeby było śmieszniej, portal do krainy skandynawskich bogów znajduje się w piwnicy pod domem Dasha. Tak, w Ameryce. Biedni Wikingowie, całe życie w błędzie...

Aby otworzyć bramę, potrzebny jest klucz. O kluczu była mowa przy wspominaniu artefaktów zostawionych bez opieki. Ostatecznie klucz zostaje zniszczony. Ale byłoby za mało dramatyzmu, gdyby nie okazało się, że jest jeszcze jeden. A jest nim Ingrid. I dochodzi do tego człowiek, który levelem swojej dedukcji przewyższył chyba nawet Sherlocka. Właściwie w tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy Freyia w tym serialu jest w ogóle do czegoś potrzebna, bo jedyne co robi, to wpada w kłopoty i miota się między dwoma facetami. Ingrid natomiast kłopoty powoduje, a Wendy i Jo nieustannie wygrzebują z własnej przeszłości jakieś śmieci, po czym szybko muszą lecieć naprawiać głupoty wyrządzone przez nieudolne córki.

Cóż, wyczekujmy, czy w nowym sezonie spotkamy Lokiego i Thora. Może Freia będzie miała wtedy więcej facetów do kochania.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz